21 cze 2016

Joanna Kulig : "..słabość, okazuje się atutem.."

Joanna Kulig- aktorka filmowa, telewizyjna, i teatralna. Znana z takich produkcji jak Sponsoring, Disco Polo , czy Niewinne. W wywiadzie opowie o pracy aktora nad rolą, o podróżach, nowych planach filmowych. 

Znajdujemy się w teatrze Ateneum, w którym za parę godzin, będziesz grała spektakl „Róbmy swoje” na podstawie piosenek Wojciecha Młynarskiego. Grasz w tym spektaklu naprzemiennie z Olgą Szarzyńską. Tworzy to pewnego rodzaju  trudność, barierę?

Przeciwnie, to bardzo mi pomaga. Olga Szarzyńska jest niezwykle kreatywną osobą i ma bardzo duże doświadczenie pracy na scenie, wprowadziła do zbudowania postaci mnóstwo pomysłów. Poza tym bardzo się lubimy prywatnie, więc przygotowując rolę, przepytywałyśmy się wzajemnie, ja oglądałam ją, ona mnie, dawałyśmy sobie wzajemnie uwagi. Pan Krzysztof Gosztyła, który z nami gra, mówił „ patrzę tak na Was i widzę idealne budowanie roli w podwójnej obsadzie”. Czasami taka sytuacja budzi rywalizację, o to kto lepszy, a my dawałyśmy sobie wsparcie, dlatego ogromnie się cieszę, że mogę to przestawienie grać naprzemiennie właśnie z Olgą.

Czerpałyście  od siebie czy...?

Olga wymyśliła, że to może być taka trochę dresiara i mnie się to spodobało.

No właśnie, a Ty masz  chyba inny kostium?

Jednak podobny... taki bardziej skejtowy, ale też dziewczyny ubranej na luzie. Nie mógł być identyczny, bo mamy inne warunki i też trochę inną energię, więc trzeba było to trochę inaczej zbudować, ale pewne elementy są wspólne np. bluza z kapturem. Dzięki wzajemnym oglądaniu się na próbach w pewnym momencie zobaczyłyśmy, że mamy inny rodzaj energii,  że Olga na przykład musi mieć wszystko emocjonalnie przerobione bo inaczej nie jest w stanie śpiewać, a ja z kolei podchodzę do śpiewania bardziej dźwiękowo i muzycznie. Na początku miałam z tym trochę trudności, pomimo tego, że dużo śpiewam i czyli głos mam rozśpiewany, to tutaj takie stricte  muzyczne podejście było niewystarczające.


Czyli śpiewając nie kierujesz się emocjami, tylko czysto dźwiękami?

Na ogół zaczynam od dźwięków, nad emocjami pracuję potem.  Ale repertuar Wojciecha  Młynarskiego jest specyficzny, tekst tu jest najważniejszy, śpiewanie jest jakby sprawą drugorzędną i to było dla mnie najtrudniejsze. Ja chciałam głównie to wyśpiewywać, a tutaj trzeba bardziej podawać tekst a nie śpiewać. Ze względu na wykształcenie muzyczne, przywykłam do takiego podejścia do piosenki, do rozczytywania nut, dynamiki, potem dodawania interpretacji, a nie że ta interpretacja jest tu absolutnie najważniejsza.

Od premiery trochę minęło, Ty przez jakiś czas nie grałaś, trudno jest tak wskoczyć?

Tak, np. dziś gram po dłuższej przerwie i trochę się denerwuję, aby czegoś nie pomylić, bo to jednak początek grania, nie to co „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, które gram już od półtora roku. Jabłoni zagraliśmy już prawie 60 spektakli, więc nawet jak się nie gra jakiś czas to się łatwiej przypomina a to jednak jeszcze takie świeże przedstawienie i jeszcze dość dużo emocji.

Tutaj – w Ateneum  grasz tylko w spektaklach muzycznych?

Tak, to prawda.

Można Cię gdzieś zobaczyć np. w farsach, komediach bądź dramatach?

Na razie jeśli chodzi o przedstawienia teatralne to są te dwa w teatrze Ateneum, taki mam teraz czas, że dużo gram w filmach. Do tego dochodzi serial „O mnie się nie martw”, gdzie gram główną rolę, to zajmuje bardzo dużo czasu,  i czasami trudno pogodzić to z graniem dwóch spektakli w teatrze. Ale ponieważ uwielbiam  grać w spektaklach muzycznych, to mam nadzieję, że będzie ich więcej. 

Czyli jakiś musical?

Tak, zdecydowanie, to jest moja pasja.

Co jest bardziej pochłaniające, serial, film czy właśnie taka praca nad przedstawieniem? Słyszałam, że niektórzy boją się zatrudniać aktorów, którzy w czymś grają i mają długi plan zdjęciowy, bo boją się, że nie będą zdążać na próby?

Na pewno nie jest to łatwe, ale jak już się człowiek zdecyduje, żeby zrobić przedstawienie, to nie będąc na próbach nie da się tego zrobić. Jak się czegoś podejmuję to na uczciwych warunkach, czyli poświęcam temu czas, albo jeżeli nie mam go wystarczająco dużo to próbujemy tak się porozumieć, żeby znaleźć rozwiązanie, np. jak w „Róbmy swoje” podwójną obsadę.  To trudne przedstawienie, wymagające dużo pracy, a harmonogram mienia się z dnia na dzień, jak to w teatrze. Dlatego to było super, że mogłyśmy z Olgą dzielić się próbami. Ale czasami tak się nie da, w Jabłoniach to od razu reżyser mówił, że jeżeli ma powstać  przedstawienie to aktorzy muszą być zawsze na próbach i rzeczywiście jak już podjęłam decyzję, że gram to  ani jednej próby nie opuściłam. W Ateneum jest cudownie, że mimo tego że jest się na etacie to jest ogromna  współpraca i koleżeństwo, świetny dyrektor Andrzej Domalik. Można się porozumieć aby tworzyć wspaniałe przedstawienie i nie rezygnować z ciekawych propozycji poza teatrem, bo to jedno na drugie pracuje. Bardzo sobie cenię też tę rodzinną atmosferę jak panuje w Ateneum, tę przynależność do jakiegoś miejsca. To dla mnie ważne, że mam swój teatr, to szczególnie w dzisiejszych zwariowanych czasach, daje poczucia bezpieczeństwa. Z radością tu przyjeżdżam, teraz gdy zrobiło się ciepło jeżdżę na rowerze, zajmuję mi 15 minut żeby dojechać z domu do Ateneum.

Teraz jest taki czas, że publiczność woli bardziej zasiąść przed telewizorem, tzn. nie ma tej publiczności tak dużo w teatrach, chociaż sale są pełne. Jak wczoraj usłyszałam na zajęciach z teatru, kiedyś sala teatralna była na tysiąc osób, a teraz ledwie jest na 400 miejsc. Czy mieć nazwisko, tzn. grać w serialach bądź filmach, pomaga ściągnąć widza, czy widz bardziej przychodzi na sztukę niż na aktora?

Myślę, że to różnie bywa. Jak patrzę tutaj to wydaje mi się, że Ateneum ma stałą widownię, która zawsze przychodzi na premiery, jest jakby stałą taką publicznością. Ale zdarza się też,  tak miałam ostatnio, że po spektaklu podeszło do mnie kilka pań, które specjalnie przyjechały,  bo bardzo lubią oglądać serial, w którym gram, i chciały mnie zobaczyć  w teatrze, na żywo. To bardzo miłe i bardzo ważne dla aktora. Zresztą pamiętam jak ja byłam dzieckiem i miałam swoich ulubionych aktorów, to też chciałam ich zobaczyć poza ekranem.

Chyba lubisz spotkania z widzami bo gdzieś przekopując internet, chyba dla Legalnej Kultury, po projekcji filmu już nie pamiętam jakiego, właśnie mówiłaś, że fajna jest ta wymiana energii, po... jak są takie cykle spotkań , że widz przychodzi, ogląda i uczestniczy w dyskusji z Twórcami.

Bardzo to lubię. To najczęściej zdarza się , po festiwalach, gdzie spotkanie twórców z publicznością jest wpisane w formułę pokazów filmowych, interesuje go nie tyko temat ale i nasza praca , jak to wyglądało od kuchni.  Myślę, że większość aktorów lubi spotkania z publicznością, i są one ważną częścią tego zawodu. W końcu to ostatecznie widz weryfikuje naszą pracę i nadaje jej sens.

Takie festiwale to chyba domena lata?

Tak, lato to czas festiwali! Wiadomo, pogoda sprzyja a życie festiwalowe ma swój klimat. A to też nawet fajnie, bo w teatrach w wakacje jest wolne [śmiech]

Można się czuć wiecznym studentem, albo uczniakiem, jeśli się nie gra w filmach.

Nie do końca, bo właśnie w wakacje kręci się najwięcej filmów i seriali,  bo wtedy np. jest najdłużej światło dzienne i można więcej scen nakręcić w ciągu dnia. 

Może powiesz parę słów o festiwalu w Płocku?

Festiwal Kultury i Sztuki dla osób niewidomych i niedowidzących którzy mogą tam oglądać filmy dzięki technice audio deskrypcji, to wspaniała inicjatywa. Bardzo lubię ten festiwal i się cieszę że będę znowu tam, tym razem ze swoim recitalem. Rok temu byliśmy z mężem Maciejem Bochniakiem, zaproszeni na pokaz jego filmu „Disco Polo”, w którym grałam główną rolę kobiecą. To było niesamowite przeżycie, ze względu właśnie na spotkanie z publicznością, zaskoczył mnie rodzaj wnikliwości i szczerości pytań.

Była krytyka?

Ocenianie i krytyka są wpisane w mój zawód, więc to nie jest problem. Mnie zafascynowała wyjątkowej otwartość tej publiczności.  Zresztą pamiętam, że to było tuż po tej wielkiej tragedii na festiwalu w Gdyni, czyli śmierci Marcina Wrony, reżysera, z którym zrobiłam ważny dla mnie teatr telewizji i który był mi bliski. Byłam naprawdę w kiepskim, dołującym nastroju i nagle jak na festiwalu w Płocku ta emanująca wszędzie siła życia, radości, optymizmu, była jak balsam na moją duszę. Więc jak tylko dostałam zaproszenie w tym roku, od razu zabukowałam termin i cieszę się, że tam zaśpiewam. Tam jest fantastyczna energia, i wiele ciekawych rzeczy się dzieje. Naprawdę to świetny festiwal.

Jak myślisz, czy tego typu festiwale mogą spowodować jakąś lekką nobilitację dla tych osób?

Myślę, że tak, nie wiem jak to w skali Europy wygląda, ale nie ma chyba wiele takich festiwali. To wspaniała inicjatywa, naprawdę świetni są Ci ludzie którzy to organizują. A jest to mało rozpropagowane medialnie, mało się o tym mówi, ja nie wiedziałam, że jest taki festiwal, dopóki nie zostałam zaproszona przy okazji pokazu filmu „Disco Polo”.


Teraz jesteś na planie nowego filmu „PitBull. Niebezpieczne kobiety”. Grasz tam policjantkę. Duża będzie to rola?

Jedna z głównych, mam ponad 20 dni zdjęciowych.

Na kiedy przewidziane są zdjęcia?

Już się rozpoczęły, jesteśmy na planie od 18 maja. Film będzie miał premierę film kinową 11 listopada tego roku. Jestem też po pierwszym dniu zdjęciowym „Ja teraz kłamię” Pawła Borowskiego, całkowicie innej historii.

Pochodzisz z małej miejscowości, czy łatwo było Ci wskoczyć w taką dużą metropolię? Bo jednak życie w małej miejscowości rządzi się innym rytmem. Jak obserwuję swoją rodzinę na wsi, swoją babcię, to oni tam żyją, raz, że spokojniej, dwa, że pomimo że nie pracują tylko zajmują się rolnictwem to i tak wcześnie rano wstają, kładą się można powiedzieć z kurami, kompletnie zupełnie inny rytm.

Ja dość wcześnie zaczęłam życie poza Muszynka. Jak miałam 15 lat to zamieszkałam w internacie w Krynicy, a w wieku 18 lat przeprowadziłam się do Krakowa, gdzie mieszkałam przez lat 11.  Kilka lat temu przeprowadziłam się do Warszawy, w międzyczasie jeszcze trochę mieszkałam w Londynie i Paryżu, także dużo było tych różnych miejsc. Oswajałam się więc z  życiem w mieście od wczesnych lat młodości.  W mieście żyje się szybciej i chyba więcej jest tych obowiązków... dzień strasznie szybko mija, jest rano, za chwilę popołudnie, zaraz wieczór. Jak przyjeżdżałam w rodzinne  strony to mówię „o patrz, dopiero dwunasta!”. Na wsi odległości są mniejsze i jest mniej bodźców, żyje się bardziej w zgodzie z naturą, rytmem dnia. Po bardzo intensywnej pracy lubię tam pojechać żeby odpocząć, choć z drugiej strony jakbym sobie miała wyobrazić, żeby powrócić teraz do tego rytmu to nie wiem czy bym już potrafiła.

I też chyba jest inna społeczność?

Wszyscy się znają i na pewno jest większe poczucie bezpieczeństwa, ludzie się bardzo wspierają, nawet jeśli czasami się pokłócą. Myślę, że to stąd jest we mnie taka otwartość na ludzi, to się podoba, ale jak się życie w tak dużym mieście i tak intensywnie, to bywa męczące. Ale już tak mam, bardziej do ludzi niż od ludzi (śmiech)

Czyli jesteś altruistką?

Powiedziałabym nawet że czasami za bardzo. [śmiech]

Mówiłaś, że zdarzało Ci się podróżować, właściwie to przy filmach chyba podróżowałaś?

Pół roku mieszkałam w Paryżu, w czasie kręcenia filmów „Kobieta z piątej dzielnicy” Pawła Pawlikowskiego i „Sponsoring” Małgorzaty Szumowskiej. Później zaczęłam tak jeździć na kursy językowe albo  żeby odwiedzić przyjaciół, bo przy okazji tych filmów poznałam wiele wspaniałych osób, z którymi do dziś utrzymujemy bardzo serdeczny kontakt. Bardzo polubiłam Paryż, czuję się tam spokojnie, naprawdę wypoczywam.

Często tam bywasz?

Różnie bywa, ale staram się jak tylko mogę, mam tam zresztą swojego agenta, więc jeżdżę także z powodów zawodowych. Jeśli chodzi o Berlin, to pierwszy wyjazd był związany z kooprodukcją polsko-niemieckią „Zagubiony czas” i później z pracą na planie amerykańsko-niemieckiej produkcji Hansel i Gretel. Łowcy czarownic”. Przez trzy i pół miesiąca mieszkałam w Berlinie i bardzo polubiłam to miasto. Do Londynu s kolei, jeździłam jeszcze w czasach studenckich do pracy. Później byłam ze „Sponsoringiem” i „Kobietą...” na takim festiwalu filmowym, i również zaczęłam jeździć na kursy językowe. Do Londynu mam szczególny sentyment, z uwagi na te czasy studenckie. Bardzo lubię wyjeżdżać, bo to mnie wycisza, resetuje.

Jest możliwość poznania innych kultur.

Też to zawsze mnie interesuję i jest inspirujące.

Jednak każdy kraj to inny obyczaj.

To prawda. Jak byłam na międzynarodowym planie „Kobiety z piątej dzielnicy” to zobaczyłam siebie się widzi w szerszym kontekście. Nagle zobaczyłam jaką siłą są te moje korzenie, ta góralskość i otwartość, że ta moja etniczność jest również olbrzymią wartością.  I teraz te dodatkowe rzeczy, których się uczę, np. angielskiego, francuskiego. Że szkoła muzyczna, gra na pianinie, wpływa na naukę języków i nagle poznaje się zupełnie inne metody rozwoju, inne sposoby funkcjonowania, gry w innych językach i to jest bardzo rozwijające. Buduje też poczucie swojej własnej wartości, bo zdajesz sobie sprawę że coś co na początku traktujesz jako słabość, okazuje atutem, także to są super rzeczy.

Wróćmy jeszcze do Twojego odcienia muzycznego. W swojej karierze muzycznej miałaś - i tu chyba wielu piosenkarzy Ci może pozazdrościć - występ w Opolu. Właśnie m.in. z piosenką „O Romeo” Wasowskiego i Przybory.

To był bardzo ciekawy koncert reżyserowany przez Magdę Umer, a ja uwielbiam Kabaret Starszych Panów i w ogóle ten rodzaj piosenek, styl muzyki, więc dobrze czułam się w tym repertuarze.
To było spełnienie moich młodzieńczych marzeń, bo jak miałam 15 lat to wystąpiłam w „Szansie na sukces”  a później był finał. Nie wygrałam tego finału a nagrodą był udział w debiutach w Opolu. Ten występ był dla mnie bardzo wzruszający. 

Wakacje wielkimi krokami się zbliżają, pracujące, czy będzie trochę czasu na odsapnięcie?


Pracujące, ale chciałabym wyjechać chociaż na króciutki urlop. To mi dobrze robi, zimą pojechałam na kilka dni w góry na narty i to był fantastyczny relaks, aktywność fizyczna po pracy na emocjach, bardzo mnie wycisza. A już w lipcu, zaraz po skończeniu pracy na dwóch planach filmowych zaczynam zdjęcia do kolejnej transzy „o mnie się nie martw”. a z początkiem lipca rozpoczyna się piąta transza serialu „O mnie się nie martw”. No a dzisiaj i jutro ostatnie przed wakacjami przedstawienia „Róbmy swoje” - dobry tytuł na ciąg dalszy, róbmy swoje po prostu.

3 komentarze:

  1. Joasiu kocham Cię, jesteś piękna, mądra, utalentowana,po wakacjach na pewno odwiedze Cię w Ateneum, nie zapominaj o teatrze...

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanuję i lubię p. Kulig, więc chciałabym, aby na Jej stronie pojawiały się tylko dobre rzeczy. Skoro Salon Kultury, to i kultura języka być powinna, a tu tyle literówek i błędów językowych, tekst po prostu niesprawdzony przed opublikowaniem, szkoda. Może administrator strony coś z tym jednak zrobi? Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Pani za wszelkie uwagi. Czym prędzej postaram się poprawić wszelkie błędy. A dla Pani taka rada. Może na drugi raz się Pani podpisze z imienia i nazwiska. Przyszłościowo radze kontaktować się mailowo z redakcją. I tam też zgłaszać swoje wszelkie zastrzeżenia. Co do błędów językowych, interpunkcyjnych itd. Pozdrawiam z imienia i nazwiska Ewelina Kowalczyk

      Usuń