Krystyna Janda- Wywiad

Jubileusz piętnastolecia Teatru Polonia stał się doskonałą okazją do spotkania z Panią Krystyną Jandą. Aktorka, a także Prezes Fundacji Krys...

3 paź 2013

Edyta Krzemień:"..To jest często dom wariatów.."



Dziś Salon Kultury gości niezwykłą artystkę, która swoim głosem potrafi wzruszać słuchaczy. Edyta Krzemień, bo to o niej mowa, opowie nam o swojej muzycznej pasji, rozwoju, swoich wcielaniach w Upiorze w Operze, czy Nędznikach, i o tym co owe role w niej pozostawiły.

Ewelina Kowalczyk: Twoja muzyczna droga rozpoczęła się?

Edyta Krzemień: Muzyka zawsze była. Zaczęło się od tego że rodzice nauczyli mnie kolęd  w wieku 3 lat, a potem to „kolędowanie” szło ze mną przez życie..  aż do teraz. 

A kiedy przyszedł czas na takie poważne muzyczne kroki.  Z tego co opowiadasz, to taka trochę sielanka?

W wieku 18 lat poszłam do szkoły muzycznej. I to się stało zupełnie przypadkiem. Jeśli chcesz mogę Ci opowiedzieć. 

Opowiadaj, cała zamieniam się w słuch?

W liceum przyjaźniłam się z dziewczyną, która zakochała się w pewnym aktorze i w związku z tym postanowiła również zostać aktorką. Piosenka- to jeden z elementów egzaminu wstępnego do szkoły teatralnej. Pewnego razu  zabrała mnie z sobą na swoją lekcję śpiewu. Osoba, która ją uczyła poprosiła mnie, abym  i  ja wydała z siebie parę dźwięków, po czym powiedziała: „sopran koloraturowy” , zaproponowała mi przygotowanie do szkoły muzycznej II stopnia na wydział wokalny. To było w Krakowie. Dostałam się za pierwszym podejściem!

Z tego co wiem studiowałaś dziennikarstwo? 

 Miałam w planach również zostać politykiem, na szczęście, lub nieszczęście nie dostałam się na politologie. I tym sposobem ukończyłam dziennikarstwo. W tamtym czasie, to była alternatywa dla moich muzycznych pomysłów na życie.  Studia dziennikarskie i szkołę muzyczną zaczęłam i kontynuowałam w tym samym czasie. 

Bycie artystą kojarzy się zazwyczaj z niestabilnością finansową.

Tak, oczywiście zgadza się, ale nie wiem czy w obecnych czasach jakikolwiek zawód jest stabilny. A najważniejsze jest robić to co się czuje i lubi.

Jak trafiłaś do Romy?

Z castingu do” Upiora w Operze” . Ta historia też jest bardzo ciekawa, ponieważ rok przed przesłuchaniami już umiałam całą partie w języku angielskim. Pracowałam nad nią z moją nauczycielką śpiewu, prof. Zofią Altkorn, w szkole muzycznej. Kiedy ogłoszono castingi do Upiora, muzycznie byłam przygotowana, musiałam tylko nauczyć się polskiego przekładu. 

Kiedy trafiłaś do Upiora, byłaś bardzo młoda.

Tak miałam 22 lata, ale i tak w obsadzie byłam najstarsza. Dziewczyny, które ze mną grały miały po 17 lat. 

Taki młody wiek, to dobry czas na udział w tak dużym projekcie?

I tak, i nie. Tak, jeśli ma się wsparcie rodziny, najbliższych, i zespołu z którym się pracuje. Nie, jeśli jest się zostawionym samemu sobie, bez pomocy. Nam poświęcono wiele uwagi. Dostawałyśmy miliony wskazówek od realizatorów i starszych kolegów. Można powiedzieć, że uwierzono w nas. Otoczono nas opieką, ale było momentami naprawdę bardzo ciężko. Myślę, że pracując nad tym musicalem przeszłyśmy porządną szkołę, która do dziś procentuje. Nauczyłyśmy się korzystać z bardzo osobistych, wewnętrznych zasobów. Bardziej „byłyśmy”, niż „grałyśmy” a to jest dobra baza do tworzenia kolejnych postaci. 

Co magicznego ma w sobie teatr?

Można stać się kimś innym. Wyobrazić sobie siebie w innych okolicznościach, uwierzyć w nie. Te role w które się wchodzi pozostają już na zawsze, „blizną” na duszy, sumieniu, czasem i ciele.. (Po ostatnim spektaklu „Nędzników” mam bliznę na prawej dłoni).  A z perspektywy widza, to co najbardziej kocham w teatrze to to, że prowokuje do myślenia, że można o nim dyskutować bez początku i bez końca. 

Jaka prywatnie jest Edyta Krzemień?

Hm.. Jeszcze do końca nie potrafię powiedzieć jaka jest. Przez cały czas próbuję się odnaleźć. 

Ale, wesoła, smutna, nostalgiczna, no jaka?

Myślę, że mogę wszystko. Być wesołą, smutną.. To zależy od dnia, sytuacji. Jak jestem w towarzystwie to staram się być towarzyska, zorganizowana, uśmiechnięta. W samotności umiem przepłakać cale dnie i noce. Nie wstawać nie ruszać się. Ale to chyba nie tylko moja przypadłość.. ?

Co Cię popycha do działania?

Takim przysłowiowym kopem jest dla mnie praca, ludzie, oraz rzeczy które lubię. Oprócz teatru i muzyki lubię po prostu gotować i sprzątać, albo raczej efekty gotowania i sprzątania. 

Jakie potrawy najchętniej przygotowujesz? 

Rosół. Ponieważ najpiękniej pachnie. Ale lubię także włoską kuchnię oraz tradycyjnego polskiego schabowego z ziemniakami. 

Opowiedz trochę, o swoim autorskim projekcie „My Musical Dream” 

Pomysł zrodził się dawno temu, natomiast jesienią zeszłego roku udało mi się go zrealizować. My Musical Dream, to projekt składający się głównie z utworów musicalowych, bajkowych, a także z muzyki popularnej, w romantycznych aranżacjach na fortepian i wiolonczelę. Do wspólnego grania zaprosiłam: Pawła Jędrzejewskiego, oraz Olę Monkiewicz, którzy przemycają do całości dawkę słońca. Całość spina nuta nostalgii, ciszy i zamyślenia, ale także udało nam się wpleść odrobinę żartu, bo w życiu nie może być zawsze poważnie przecież..

Jak jesteś przyjmowana w projekcie przez publiczność?

Chyba dobrze. Ja się przez ten projekt bardzo osobiście wypowiadam. Jeśli nie słowem, to staram się muzyką, barwą, brzmieniem. I cieszę się, jeśli znajdzie się kilka osób które po koncercie mówią, że jest im to szczególnie bliskie. Najbardziej lubię kiedy możemy się wspólnie powzruszać. To lepsze niż zbiorowa modlitwa…

Przejmujesz się krytyką, siedzi ona gdzieś w Tobie? 

W ogóle krytyka mnie nie rani. Uwielbiam krytykę, cieszę się tym, że mogę nad czymś popracować. Wolę aby ludzie krytykowali mnie „prosto z mostu” niż gdzieś tam za plecami.

Jakiej muzyki słuchasz? 

Przeróżnej. Począwszy od klasycznej, musicalowej, jazzowej, po elektroniczny minimal. Uwielbiam muzykę która jest wynikiem konkretnej kultury jak np. fado czy flamenco. Zasłuchuję się także w muzyce skandynawskiej. Ale ostatnio przy gotowaniu słucham reggae. W samochodzie jeździ ze mną muzyka barokowa. Muzyka jest tak niesamowitym źródłem do odkrywania. I mam wrażenie, że ten proces jest nieskończony i to jest fascynujące. Jestem otwarta na wszystko co dociera do moich uszu, ale to co spina tę różnorodność w całość to poczucie bliskości z esencją a tą esencją jest miłość. Jeśli coś jest tworzone z miłości to po prostu musi być dobre.

Z czym Ci się kojarzy muzyka?

Z emocjami. 

O czym myślisz śpiewając „Wyśniłam Sen”?

Wiesz, to jest taka piosenka, w której nie da się śpiewać bez poruszenia własnych przeżyć…

Jakie plany na najbliższy czas. Na Twojej stronie widziałam, że dużo jeździsz To jakoś wpływa na życie prywatne?

Tak, jak jestem w domu, to jest to święto. Podróżuję ze względu na różne koncerty, a także ze względu na Christine Daae ,w którą się wcielam  w „Upiorze w Operze” w Podlaskiej Operze w Białymstoku.

Myślisz, że artyście jest lepiej być samemu, czy jednak z kimś?

Myślę, że fajnie jest kogoś mieć u boku. Tylko ta druga osoba musi zrozumieć, że życie muzyczno – teatralne, żeby nie powiedzieć „artystyczne” łączy się z wyjazdami, mieszkaniem po hotelach, przebywaniem z różnymi ludźmi.. Życie prywatne jest bardzo ważne, ale niestety to zawodowe bardzo wciąga. Do tego stopnia, że można się zatracić.

Zdarzyła Ci się taka sytuacja, że tak bardzo Cię poniosło?

Tak, ale to do niczego nie prowadzi, oprócz tego, że chwilowo jest super, bez myślenia o dniu jutrzejszym. Teatr, czy muzyka to zajęcie dla totalnych „bzików”. Wszyscy w teatrze mamy tendencję do emocjonalnego stania na głowie, i to jest często.. dom wariatów. 

Masz takiego bzika ?

Mam, mam, czasem za bardzo. Czasem wchodzę do domu i nadal go mam.. 

Będąc małą dziewczynką marzyłaś, aby zaśpiewać partie Śnieżki.

Wiesz co, dzieci zawsze utożsamiają się z postaciami z bajek czy też z filmów. To jest chyba normalne, że wchodzą emocjonalnie w przeżycia bohaterów. Fakt, że podśpiewywałam melodie razem z moimi księżniczkami z bajek Disney’a ale nie wiedziałam, że kiedyś będę dubbingować. Królewna Śnieżka zajmuje u mnie szczególne miejsce. To był mój pierwszy dubbing. Do końca życia będę wspominać tę niezwykłą przygodę.

O czym teraz marzysz?

Jak każdy chyba pragnę być szczęśliwa. Jeśli moja dalsza droga będzie się przewijała przez teatr, to będę zadowolona. 7 lat temu pewna dziennikarka zadała mi to samo pytanie i ja odpowiedziałam: marzę o Teatrze Muzycznym Roma.. i tak zatytułowała wywiad. To było po krakowskiej premierze studenckiej wersji musicalu „Notre Dame de Paris”. To marzenie się spełniło. A to co będzie dalej.. niech dla mnie samej pozostanie niespodzianką. Jestem otwarta na to, co się wydarzy. 

Grasz w filmie „Miasto 44”

Ja tam nie gram, chodź bardzo bym chciała. Śpiewam w tym filmie dosłownie jedną piosenkę: „Nie ma szczęścia bez miłości”  W. Szpilmana, jednakże ogromną przyjemnością była praca na planie z reż. Janem Komasą i praca w studio z prawdziwie przedwojennie brzmiącym fortepianem. 

Gdzie jest lepiej na planie filmowym czy w teatrze?

Chyba na razie wolę teatr. 

Po tylu latach masz jeszcze tremę?

Tak, ale ona jest raczej mobilizująca.  Udało mi się okiełznać tę destrukcyjną część tremy.

Myślę, że na tym pora zakończyć naszą rozmowę. Dziękuje Ci  za nią i mocno Cię dopinguje, aby wszystkie Twoje plany ci się udało zrealizować...










1 komentarz: